Autor 16:07 Relacje, Wyjazdy 2 komentarze

Dzikie Bieszczady, czyli zgrupowanie CCT

Ostatnie zgrupowanie Cycling Chief TRIBE, czyli zdobyty szczyt Kamień Dwernik na rowerach oraz objazd pasma Otrytu.

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Dokładnie 27 września 2019 roku w miejscowości Chmiel miało miejsce drugie zgrupowanie Cycling Chief TRIBE we współpracy z Michałem z grupy kolarskiej M&S SKI Lo-Stark Krosno. Tym razem wybraliśmy się w dziki teren, by poczuć na własnej skórze co to “prawdziwe MTB” ????. Jak było? Zapraszam na krótką relację.

Dzień pierwszy – próba charakterów

Decydując się na uczestnictwo w zgrupowaniu w Bieszczadach, wiedziałam, że nie będzie tak łatwo jak w Międzyzdrojach. Przypominam, dla tych, którzy nie są wtajemniczeni, że 28 czerwca 2019 roku odbyło się nasze pierwsze zgrupowanie nad morzem. Jeździłam czasem w terenie, mówiąc teren mam na myśli boczne drogi, szutry, parki, itd. Żeby nie odstawać od grupy, w której większość z nas to zapaleni czynni zawodnicy MTB stwierdziłam, że trochę potrenuję. Mniej więcej dwa miesiące przed zgrupowaniem ćwiczyłam na trudniejszym terenie. Niedaleko mojej miejscowości, bo około 35 km od Brzegu (okolice Strzelina) znajdują się spore tereny leśne z singletrackami, na których można fajnie poszaleć. Myślicie, że kilka wyjazdów w las przygotowało mnie do podjęcia próby w dzikich Bieszczadach? ????

Tak naprawdę wszystko zaczęło się w sobotę 28 września. Piątek był dniem dojazdowym, gdyż niektórzy tak jak np. ja mieli do miejscowości w której spaliśmy jakieś 600 km bądź więcej.

Dzień zaczęliśmy od solidnego śniadania. Wiedzieliśmy co nas czeka – trasa została przedstawiona w piątek na krótkim wieczorze zapoznawczym. Ogólnie miało być “lajtowo” – od tego wyjazdu to słowo nabrało dla mnie całkiem nowego znaczenia.

Ruszamy w góry

Wyruszyliśmy około godziny 11:00. Pogoda pomimo różnych prognoz była idealna – słońce przebijało się co jakiś czas zza chmur a termometry pokazywały jakieś 14 stopni na plusie. Jak na koniec września i dzikie góry to można powiedzieć, że trafiliśmy w 10-tkę. Początek trasy wyglądał całkiem przyzwoicie, najpierw kilku kilometrowy odcinek drogi asfaltowej, z której zjechaliśmy na stokówkę – i tutaj się zaczęło. Droga prowadziła praktycznie cały czas pod górę – najpierw szutrem a później terenem. Jak to bywa w lesie jesienną porą nie zabrakło także błota, kałuż i liści. W tym momencie nastąpił pierwszy podział na grupy – grupa pierwsza “szybsza” pojechała z przewodnikiem na czele, natomiast grupa druga “wooolniesza” zabezpieczała tyły. Na szczęście czuwał nad nami Piotrek ????

Czy była satysfakcja?

Mimo ciężkich warunków na trasie humory nas nie opuszczały. Momentami było tak ciężko, że musieliśmy zejść z rowerów i podreptać na piechotę. Pamiętam jeden moment szczególnie z pierwszego dnia – kiedy szliśmy na górę podpierając się rowerami i z moich ust wydobyło się stwierdzenie:

Tęsknię już za moją szosą

Monika

To była prawda. Nie jestem przyzwyczajona do jazdy w takich warunkach, ale wiecie co? Wszystko wynagrodziła atmosfera panująca w okół oraz widok na szczycie.

Zrobiliśmy to, zdobyliśmy szczyt Dwernik Kamień! Wjechaliśmy na 1004 m n.p.m. Końcówka podejścia była dość stroma i skalista ale sam szczyt to rozległa płaska polana z pięknym widokiem na m.in. Połoninę Caryńską, Wetlińską, Tarnicę czy Łopiennik. Na miejscu oczywiśnie nie zabrakło miejsca na kilka foteczek – zarówno grupowych jak i indywidualnych instagramowych.

Drugi etap trasy nie był już tak urokliwy. Większą część stanowiły drogi szutrowe przeplatane odcinakmi prowadzącymi przez asfalt. Zrobiliśmy łącznie pierwszego dnia 50 kilometrów z czego 1,288 metrów było pod górę. Gdyby nie wsparcie Piotrka na ostatnich 15 kilometrach nie wiem czy wróciłabym do domu. Brakowało głównie sił, ten podjazd na szczyt mnie wykończył, dlatego jeszcze raz Piotrze – dziękuję za wszystko ????

Dzień drugi – poczuliśmy flow

Drugiego dnia wyruszyliśmy mniej więcej o tej samej porze. Celem było pokonanie trasy w takim czasie by wrócić na obiad do ośrodka – myślicie, że nam się udało?

Początek trasy przypominał dzień poprzedni a dokładnie moment podjazdu pod szczyt. Mogę nawet zaryzykować stwierdzeniem, że było jeszcze gorzej – 3,5 kilometra w górę! Błoto, liście i podjazdy osiągające momentami 15% przyczyniły się do tego, że w pewnym momencie zaczęliśmy śpiewać “anielski orszak…” ????

W sumie można powiedzieć, że na trasie mieliśmy wsparcie z niebios ????. Mniej więcej w połowie podejścia spotkaliśmy na swojej drodze Ducha gór. Naprawdę możecie uwierzyć mi na słowo miał nadprzyrodzone moce – niejeden po takiej dawce alkoholu jaką miał w sobie po prostu by spadł i się połamał ????

W końcu wdrapaliśmy się na górę, gdzie dotarliśmy do Chaty socjologa. Została ona wybudowana w 1973 roku i miała być miejscem prowadzenia swobodnych dyskusji naukowych czy obozów studenckich. Jej działalność podobno trwa do dnia dzisiejszego.

Wracając do samej trasy

Jechaliśmy dalej. Naszym celem było przejechanie pasma Otrytu – i tutaj tak naprawdę wszystkim nam się podobało. Trasa była urozmaicona – trochę pod górę i trochę w dół ????. Oczywiście nie odbyło się bez upadków – na szczęście nikomu się nikomu nie stało. Jechaliśmy wszyscy swoim tempem, podziwiając przy tym widoki, rozmawiając oraz pstrykając fotki ????

Na drodze powrotnej po dość długim zjeździe drogą szutrową naszym oczom ukazał się piękny widok – wielka polana i otaczające nas góry. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę by odetchnąć. Myślicie, że zdążyliśmy na obiad? ????. Oczywiście, że nie. Jednakże w tym wypadku jedzenie mogło poczekać, bo wspomnienia jakie zyskaliśmy podczas drugiego dnia pozostaną do końca życia ????

Łącznie drugiego dnia przejechaliśmy 37 kilometrów z czego 925 metrów jechaliśmy pod górę.

Bieszczadzkie after party

Pewnie zapytacie co robiliśmy po jeździe? Odpoczywaliśmy ????. Pierwszego dnia późnym wieczorem zorganizowaliśmy sobie ognisko. Po takim wysiłku należało uzupełnić zapasy energii oraz przyjąć izotoniki ????. Drugiego dnia natomiast wieczór spędziliśmy w okrojonym gronie, bo większość z nas musiała wracać do domów.

Z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować Piotrkowi i Dominice oraz dwóm pozostałym Piotrkom za wspaniałą zabawę i wsparcie na trasie – bez Was ten wyjazd nie byłby taki sam! ????

Podziękowania należą się również Michałowi z grupy kolarskiej M&S SKI Lo-Stark Krosno, który bezinteresownie zgodził się być naszym przewodnikiem i bezpiecznie doprowadził nas zarówno w górę, jak i w dół.

Pozdrowelove!

(Visited 531 times, 1 visits today)
Close